wtorek, 6 maja 2014

Gdzieś pomiędzy biało-żółtym a tęczowym.

W trakcie 36-kilometrowego marszu po Gorcach przechodziłem przez znaną niektórym z kościoła, który widnieje na liście UNESCO, wieś Dębno. Był 3 maja. Doskonały dzień, by sprawdzić stosunek tamtejszej ludności do ojczyzny. Niestety, biało-czerwonych flag było jak na lekarstwo. Dominowały flagi biało-żółte i biało-błękitne. Nawet jeśli pojawiały się barwy narodowe, to były znacznie mniejsze od papieskich. Mijając kolejne okna, w których widniały wizerunki św. Jana Pawła II, zastanawiałem się nad tym, w jakim kraju jestem. Rozsądek podpowiadał, że w Polsce, z drugiej strony, może to jednak terytorium zamorskie Watykanu?
W oknach szkoły widniały okropne, niemalże karykaturalne wizerunki JP2. Apogeum dewocji dosięgnęło mnie, kiedy skręciłem z ulicy Kościelnej w ulicę Jana Pawła II i ujrzałem... parking imienia Jana Pawła II.
Rozumiem, kult kultem, ale czy nazywanie kawałka brudnego placu imieniem świętego nie jest przypadkiem jego obrazą? Długopisy, kubki... Co będzie następne? Majtki z nadrukowanym Jezusem?

Chyba nie chcę wiedzieć, wszystko jest możliwe.

Dębno okazało się dla mnie miejsce egzotycznym, ale może i potrzebnym, bo:


Dwa dni wcześniej, jakieś 600 kilometrów ode mnie, w zaskakująco brudnym i zaniedbanym Berlinie moja mama przypadkiem znalazła się w centrum lewackiego festynu dewiacji. Drobne zamieszki, marsze związków zawodowych, uliczni performerzy, antifa, homoseksualiści i cała reszta osiągnięć Unii Europejskiej wypełniła po brzegi owoc multikulti - Kreuzberg.
Podczas święta socjalizmu można było zobaczyć wszelkie jego ideały - np. wolne jebanie się w krzakach, nielegalną sprzedaż narkotyków niskiej jakości, muzykę techno i tańczących nago gejów.

Jak żyć, moi kochani? I do jednych, i do drugich czuję niechęć. Za brak wiary zostanę lewakiem, za brak przyzwolenia dla lewicowej 'postępowości' zostanę faszystą.

Ręce precz od mojej wolności, katoliccy i socjalistyczni fundamentaliści.