poniedziałek, 31 sierpnia 2015

(3/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Offline"

To jest trzecia część cyklu - pewne kwestie mogą nie być zrozumiałe bez przeczytania poprzednich części.
(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"
(2/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Anarchokapitalizm w mauzoleum Lenina"


Skupisko dziwnych, zrobionych ze wszystkiego, co było pod ręką budynków, nazwane dla niepoznaki kurortem w dolinie Altyn-Araszan, to osobliwe miejsce. Nie wiem, co było tam bardziej absurdalne: człowiek roszczący sobie prawo do tego miejsca, który codziennie chodził w tym samym brytyjskim mundurze i spoglądał na wszystkich Kirgizów z pogardą, specyficzny postradziecki klimat zmieszany z nutką kolonializmu czy może zupełnie niespodziewany w środku dziczy sklep, w którym można było kupić Coca-Colę i papier toaletowy.
Do dziś nie wiem.

Te kilka murowanych i drewnianych chatek składało się na najbardziej cywilizowane miejsce, jakie napotkaliśmy w czasie całego trekkingu.



Offline.



1 lipca 2015, 42.386334, 78.515869

Do pierwszej kolacji w górach zostało mi nieco ponad 1,5h. Pomysł był prosty: Wbiegnę - "o tam!". Rzeczone "o tam" okazało się leżeć na wysokości przeszło 3300 metrów nad poziomem morza, jakieś 500m w pionie ponad pierwszym obozem. 
Brak ścieżek i uboga roślinność kompletnie zaburzały percepcję odległości - brak punktów odniesienia, które człowiek wychowany w mieście jest w stanie interpretować, powoduje, że nawet jeśli coś wydaje się być oddalone o 10 minut drogi, w rzeczywistości może być oddalone o godzinę. Mierzenie odległości w metrach w górach mija się z celem - jedyną przydatną jednostką jest czas.

Odległość wyniosła 55 minut. Moje płuca zdały egzamin.  
Ostatnia skałka. Szczyt. Widzę odbicie blasku zachodzącego słońca w jeziorze Issyk-Kul.
Widok ze szczytu

Zerwał się wiatr, a niebo zaczęło przyjmować coraz to bardziej stalowy odcień. Miałem mniej niż pól godziny.

To jedna z tych sekund, o których marzy się latami.

Muszę schodzić.

To czas zawsze odbiera mi szczęście.

Nienawidzę powielania dróg, nawet swoich. Jeśli chodzi o zejście, to wybrałem najtrudniejszą (choć jednocześnie najszybszą) z możliwych, czego efektem było lekkie rozdarcie spodni. Po kilkunastu metrach zejścia z trzema punktami podparcia (jak dobrze, że zawsze chodzę po górach w rękawiczkach) mogłem biec dalej.

Jak przystało na człowieka północy, na kolację docieram punktualnie. Było warto - nasi tragarzo-kucharze, którzy zastępowali ustalone wcześniej konie, naprawdę się postarali.



Odbicie słońca w jeziorze Issyk-Kul w pierwszym obozie.
Nie wiem, jak w kraju, w którym jest więcej koni, niż ludzi, mogło zabraknąć dwóch czy trzech dla nas. Przyczyny były inne. O nich - w następnej części.

2 lipca


3400m. Jeszcze tylko 100. Nie lubię się długo męczyć, więc wbiegam na przełęcz.
Śnieg.
Grzmot.
Jakąś godzinę później coś dosyć boleśnie uderza mnie w nogę. Wielokrotnie.
Grad.
Burza powyżej 3000m i wędrówka śliskimi zboczami w denerwująco mokrych butach.
Wszystko przemokło i chyba jest mi zimno. Jest wspaniale. Nigdy w życiu nie widziałem tak pięknego pokazu sił natury. Zwielokrotnione echo grzmotów niesie się od pięciotysięczników aż po krańce U-kształtnych dolin polodowcowych.
Poczucie, że znajdujesz się na końcu świata w miejscu, z którego nijak nie da się wezwać pomocy, jest wyzwalające. Gór nie obchodzi to, jakie masz buty (nasz ujgurski przewodnik szedł z plecakiem w japonkach, choć chyba w końcu je zmienił, kiedy warunki się pogorszyły, ja ślizgałem się w butach trekkingowych, a członek ekipy z Danii wychowany na równinach wielokrotnie przegrywał ze śliskim błotem), kim jesteś u siebie w mieście, czy to, że masz dość.


Musisz iść i tyle. Jeśli odpuścisz, zdechniesz, jak każde inne zwierzę. Nie ma w tym żadnej filozofii.
W przerwie między pierwszym a drugim gradobiciem 
W Tienszanie nie występuje żaden z problemów pierwszego świata i chyba to jest istotą mojej miłości do tych (i chyba każdych innych) gór.


Kilka godzin później docieram do cywilizacji, której pierwszy przejawem jest zakopany w błocie radziecki busik. Próbujemy pomóc. Bezskutecznie.




 Kilkaset metrów dalej spotykam dwoje Polaków. Chyba zazdroszczę im tej miłości weryfikowanej przez przemoknięte ubrania. Wróć, chłopakowi jednak raczej nie zazdroszczę. Nigdy nie chcesz widzieć kobiety w tym stanie. Tak, będzie zimna noc. A może?
Jego błąd, bo za plecami mają miejsce, gdzie można przenocować pod dachem. Ba, nawet wziąć kąpiel w gorących źródłach. Może nie wiedział...

To wspomniany we wstępie kurort.

3 lipca dotarłem na wysokość ponad 4000m - w pobliże jeziora Ala-Kol.

Nie wiem, czy wspinanie się po śniegu pod ciężkim nawisem śnieżnym należało do najbardziej bezpiecznych rzeczy, jakie robiłem w życiu. Raczej nie. 

Tak, żeby nie było, że sobie wymyśliłem to wszystko.
Trójka osób, które próbowały zejść tą drogą faktycznie znalazła się na dole - ale była to raczej wersja ekspresowa, po tym jak jedna z nich potknęła się i pociągnęła całą resztę na dół. Ich szczęście, że to tylko śnieg i lód. Chyba wynieśli dobre wspomnienia z tej przełęczy - trasa zjazdu miała jakieś 100m w pionie.


Kilku z tych, którzy wybrali alternatywę dla zagrożonego lawiną zbocza, skończyło jeszcze gorzej - kamienie na stromym stoku gorzej wybaczają upadki, niż śnieg. Dla jednego z członków mojej ekipy te intensywne wrażenia spowodowały, że dwa następne dni spędził w dolinie.
Wejść łatwo. Gorzej w drugą.

Jeśli chodzi o mnie, wybrałem drogę alternatywną dla alternatywnej, jak zawsze. Wszedłem wyżej, by upewnić się, że przekroczyłem 4000m i zszedłem źlebem. Mimo, że było dużo bardziej stromo, ponownie zrobiłem użytek z rękawiczek i trzech punktów podparcia. 


A schodziłem tędy.
Kirgizi mają Polaków za lekko szalonych i chyba im się nie dziwię - jeśli spojrzy się na listę ludzi, którzy zdobyli ośmiotysięczniki zimą po raz pierwszy, to są tam prawie sami rodacy. Dziwili się, jak wielu naszych rodaków samotnie decyduje się zdobywać niedostępne szczyty. Tego dnia słyszałem historię o człowieku, który nadal wisi zamarznięty na linie gdzieś na górze, na którą właśnie patrzyłem.
I nasza grupa wpisywała się w ten stereotyp ludzi znad Wisły - każdy z nas chodził swoją drogą i swoim tempem.

Zszedłem inną drogą i szybciej, niż reszta, próbując uniknąć wpadnięcia do potoku, który po południu ma wyższy poziom, niż rano. I dobrze zrobiłem, bo nie przeszedłbym go suchą nogą w miejscu, w którym robiłem to kilka godzin wcześniej.
Co do wpadania do potoku, jak później się dowiedziałem, prawie zrobił to jeden z Kirgizów. Poślizgnął się improwizowanym moście zrobionym z dwóch wyślizganych pali. Poziom wody podniósł się i woda przelewała się przez drewno, powodując, że oprócz balansu własnego ciała, trzeba było jeszcze walczyć z nurtem. Na szczęście, udało mu się złapać w trakcie upadania. Gdyby tego nie zrobił, nie mam pojęcia, co zrobiłaby z nim mieszanka silnego nurtu i ostrych głazów.

Przechodziłem tamtędy dwie godziny wcześniej, wracając samotnie, ale przy moście napotkałem Rosjan, którzy pomogli mi przejść. Kawałek dalej zaczęło mnie gonić jakieś zwierzę - coś wielkości krowy czy byka. Być może dla zabawy, ale wiedząc, że miejscowe zwierzęta potrafią roznosić nawet dżumę - wolałem nie sprawdzać, jakie ma intencje. Po dobrych 300m metrach ucieczki (cały czas biegło za mną) i złamaniu kija trekkingowego, udało mi się zgubić pościg. Spędziłem tyle czasu w lasach ćwicząc ukrywanie się przed ludźmi, że zgubienie głupiego zwierzęcia nie stanowiło większego problemu. Tak czy inaczej, wspomnienie tej swoistej corridy w Kirgistanie nadal mnie śmieszy. Choć, jakkolwiek Cię to drogi czytelniku nie bawi teraz, nie byłoby Ci do śmiechu na moim miejscu - samotnie, 4500km od Polski, poza zasięgiem telefonu, kiedy biegnie za Tobą coś, co waży w okolicy 400kg.

Przechodzą samotnie obok nieskończonej ilości krów, koni i owiec zastanawiałem się nad instynktem stadnym. Zwierzęta, które znajdowały się pomiędzy mną a resztą stada wolały zaryzykować przebiegnięcie tuż przede mną, niż rozdzielenie się. Gdybym był drapieżnikiem, bardzo bym się ucieszył.
Lubię owce.

Ludzie są dokładnie tacy sami - ich panika w sytuacjach kryzysowych tylko pogarsza sytuację. Mamy błędne przekonanie, że jeśli na pożar patrzy obok nas tysiąc osób, to jest bezpieczniej, niż gdybyśmy stali tam sami.
A potem okazuje się, że w budynku który się pali, znajdował się zbiornik z gazem. Wszyscy się rozbiegają i nie ma komu zbierać rannych; dyfuzja odpowiedzialności.

To syndrom grupowego myślenia i konformizm doprowadziły do największych klęsk człowieczeństwa. 


8 lipca po trzech godzinach wspinaczki poza jakimikolwiek wytyczonymi drogami stanąłem samotnie na szczycie kompletnie przypadkowej góry z plecakiem, w którym miałem wszystko, co zabrałem ze sobą do Azji. Polskim plecakiem i koszulką z ulicą Piotrkowską. Zejście było trudne, pełne upadków i przedzierania się przez kosodrzewinę. Gdyby nie szczęśliwe rękawiczki, kije trekkingowe, śpiwór i karimata trzymane na zewnątrz plecaka w celu amortyzowania upadków - być może skończyłbym nieco gorzej.


Film:



Wieczorem dotarłem do reszty grupy, chyba już jako nieco inny człowiek. Potwornie zmęczony, napiłem się kefiru od miejscowych pasterzy - i o dziwo, nie napotkały mnie żadne sensacje żołądkowe.
W nocy obudziły mnie strzały - komuś zachciało się polować o trzeciej.

9 lipca wyszedłem z gór bez ani jednego draśnięcia i po raz pierwszy od dwóch tygodni wysłałem SMSa do Polski.

Ale jeśli naprawdę coś mnie zmieniło, to byli to ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Ba, mogli mnie zmienić - w pył. I o nich w ostatniej części:

(4/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Miasto szczęśliwe" - już wkrótce.




Z chęcią odpowiem na wszystkie pytania dot. Kirgistanu w komentarzach ;)

Sprawdź poprzednie części:
(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"
(2/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Anarchokapitalizm w mauzoleum Lenina"



wtorek, 14 lipca 2015

(2/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Anarchokapitalizm w mauzoleum Lenina"

To jest część serii: jeśli nie czytałeś pierwszej części, polecam to zrobić -
(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"


Słodki zapach poranka w Azji. Na przedniej, popękanej szybie naszej marszrutki widać naklejki z napisem PL. Tak działa łańcuch - my kupujemy używane samochody z Niemiec, a kiedy dla nas są już za stare wędrują dalej na wschód. I tak na przykład, samochód znajomego naszego przewodnika trafił do Donbasu i jest w rosyjskiej telewizji dowodem na udział Polaków w konflikcie na Ukrainie. Zatrzymujemy się w sklepie ze świecącym neonem i krzykliwymi reklamami. Dochodzę do wniosku, że przeciwnicy ustawy krajobrazowej cofają mentalnie Polskę do trzeciego świata. W Kirgistanie na światłach są liczniki, pieszych spycha się do przejść podziemnych, drogi są szerokie, a infrastruktura rowerowa nie istnieje. Żeby przejść przez ulicę, musisz biec. Żadnych stref tempo 30, norm czystości spalin. A przecież są w moim mieście tacy, którzy chcą by tak wyglądała Polska. 


Skrzyżowanie w stolicy kraju - Biszkeku

Bus nie odpala, trzeba pchać. Cudownie, przejechaliśmy na razie 5 z 500km. 


Marszrutka z Polski
System marszrutek w Kirgistanie to połączenie anarchokapitalizmu z sensowną regulacją państwową. Rynek reguluje częstotliwość i godziny jazdy, dlatego w nocy ciężko się gdzieś dostać. Ale państwo wprowadziło wspólnym mianownik - wspólną numerację linii dla całego kraju. To dokładnie to samo, czym zachwycałem się parę tygodni wcześniej na zachodzie Niemiec. I tak linie od 1 do 100 to państwowa komunikacja miejska stolicy obsługiwana całkiem niezłym taborem, włączając w to niskopodłogowe trolejbusy. 200-299 to komunikacja podmiejska, 400-499 krajowe połączenia międzymiastowe, a 500-599 ekpresy. Rozkładów i planów nie ma na przystankach żadnych, ale kiedy po samotnym snuciu się w stolicy kraju musiałem powrócić do pensjonatu na przedmieściach, wróciłem bezproblemowo. Kto pyta, nie błądzi. O godzinie 19 w weekend czekałem na właściwą linię 8 minut. W Łodzi, pewnie czekałbym pół godziny.


Dworzec autobusowy


Przystanek autobusowy, w tle opuszczona fabryka




Anarchokapitalizm w mieście, w którym kiedyś istniało największe na świecie muzeum Lenina. Dziś jest muzeum narodowym Kirgistanu, ale ze względu na brak środków, freski na suficie wciąż opowiadają historie o wspaniałym życiu w Związku Radzieckim, o przewodniej roli partii w światowym pokoju, o krwiożerczych Amerykanach i biednych skrzywdzonych ludziach z transparentami "No more Hirosima!" Z każdego zakamarka spoglądają na Ciebie pomniki wielkich towarzyszy, budowniczych komunizmu. Lenin co prawda został przed budynkiem zastąpiony Kirgizem na koniu, ale nie stracił miejsca na cokole. Stoi z tyłu.




Upadek Związku Radzieckiego, to dla Kirgizów katastrofa. Ich tożsamość narodowa to świadomość udziału w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, którą wspomogli, poza swoją krwią, milionami koni. W każdym mieście, a nawet na polach stoją pomniki bohaterów ZSRR. Większość parków, to parki pabiedy - Zwycięstwa. Najpopularniejsze szczyty kraju - Pik Pabiedy i Pik Lenina (7134m) jasno pokazują, jakie są priorytety.



Ale czy można się dziwić? Największe miasta w Kirgistanie to dawne stanice carskiej Rosji. Większość infrastruktury kraju to dzieło radzieckiej techniki. Bez Rosji, Kirgizi prawdopodobnie wypasaliby nadal owce. PKB per capita Kirgistanu wynosi 3361 dolarów rocznie (Polski - 25 105), co plasuje ten kraj na 142 z 186 krajów ujętych w rankingu. Rosyjskojęzyczna północ kraju nie przepada za południem, które mówi głównie po Kirgisku. Wszyscy słuchają rosyjskiej muzyki i oglądają rosyjską telewizję. Widać, bo zostałem zapytany, jak mogliśmy walczyć z faszyzmem, a teraz bratać się z faszystami na Ukrainie. Według mojego rozmówcy, w Polsce 100 000 osób przychodzi na manifestacje z faszystowskimi flagami.



Słowo kluczowe przy zrozumieniu Kirgistanu to korupcja. Policja nie zajmuje się egzekwowaniem prawa, tylko dorabianiem do marnej pensji. I tak, gdy zatrzymała nas policja, nikt nie prosił o dowód rejestracyjny, tylko powiedział od razu: dwadzieścia. Za co? Opłata klimatyczna. Tyle, że żadna taka opłata nie istnieje. System edukacji działa podobnie. Wykładowca na uczelni zarabia pięćdziesiąt dolarów miesięcznie (a ceny są może dwa razy niższe niż w Polsce), więc egzaminy nie sprawdzają wiedzy, tylko zasobność portfela.

Do budżetu trafia więc niewiele pieniędzy, a te które trafiają i tak kradnie władza. Kirgistan prawie niczego nie produkuje. Parówki halal w sklepie były z Brazylii i Turcji, soki z Rosji. Jedyną porządną drogę w kraju robią Chińczycy, bo są tańsi i solidniejsi od miejscowych. W kraju jest złoto, metale ziem rzadkich i inne kluczowe substancje, ale kompletnie nie przekłada się to na bogactwo. Złoto wydobywają Kanadyjczycy i dzięki łapówkom 90% zysków leci za zachód. Ale bieda państwa tylko częściowo przekłada się na biedę ludzi. Skorumpowani urzędnicy dorabiają się niezłych fortun - spotkanie Lexusa na drogach nie było większym problemem. Każdy jakoś wiąże koniec z końcem - w efekcie, głodujących ludzi jest o wiele mniej, niż w krajach Afryki o podobnym PKB. Kirgistan leży na liście poniżej Sudanu, Ghany, Jemenu czy Bangladeszu.

W Kirgistanie wszystko jest z kontenerów - domy, sklepy, restauracje

Zrujnowane kopalnie

Mimo wszechogarniającej biedy, życie w kraju toczy się dosyć spokojnie. Poza zachodem, gdzie, przy granicy z Uzbekistanem występują konflikty etniczne. Związek Radziecki, by trzymać w szachu swoje republiki, tworzył antagonizmy. I tak, Uzbecy mają pola bawełny, Kirgizi mają wodę. Gdy tylko sytuacja staje się bardziej napięta, dopływ wody do Uzbekistanu zostaje odcięty.
W Karakole, stolicy obwodu Issyk-Kul, podczas wieczornego spaceru po nieoświetlonym parku spotkaliśmy tylko młodych kochanków, odpoczywających od słońca dnia. Jako, że trafiłem na czas Ramadanu, nie spotkałem na ulicy żadnego pijanego człowieka. To jeden z niewielu krajów, gdzie Islam ma raczej pozytywne skutki społeczne.

W Kirgistanie istnieje haniebny zwyczaj porywania żon, który pochodzi jeszcze z tradycji koczowniczych i nie ma nic wspólnego z Islamem. Komuniści tłumili takie przejawy tradycjonalizmu, jednak po 1991r., kirgiskie kobiety znowu znalazły się w trudnej sytuacji. Szacuje się, że 1/3 wszystkich małżeństw rozpoczęło się od porwania. W tradycyjnie zawartych małżeństwach, nierejestrowanych w urzędzie kobiety nie posiadają praw dziedziczenia. Skazane na życie z obcym człowiekiem i zmuszone do wykonywania obowiązków domowych, nadzwyczaj często wybierają samobójstwo. Zainteresowanych tematem, odsyłam do reportażu Vice News.

Powyższy akapit ma się jednak nijak do tego, co widziałem. Muszę przyznać, że trakcie mojego wyjazdu nie uświadczyłem złego traktowania kobiet ani przez sekundę. Wręcz odwrotnie - mężczyźni nadzwyczaj często ustępowali kobietom miejsc. Dziewczyny ze stolicy w modnych, skąpych ubraniach nie różniły się niczym od tych na zachodzie.

Zła nie widać na pierwszy rzut oka.

Ulice Biszkeku


Dość przygnębiający obraz tego, co pozostawiła po sobie ludzkość, daje tylko jeden wybór - trzeba uciec tam, gdzie cywilizacja nie sięga. I o tym w następnej części.

(3/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Offline"


poniedziałek, 13 lipca 2015

(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"

Najpierw jest myśl. Na początku nie do końca zdaję sobie sprawę z tego, co właśnie powstało w mojej głowie. Weryfikacja sił i środków. Możliwe do wykonania. Pragnienie właśnie stało się celem.

Jakoś w maju zaczynam orientować się, że to dzieję się naprawdę. "Dzień dobry, chciałbym się zaszczepić." Akcja serca przyśpiesza, bynajmniej nie ze strachu przed drobną igiełką, której wbicie ciężko poczuć.

25 czerwca. Wyrzucam przed dom plecak, rozkładam wszystko, co uznałem za przydatne na płachcie. Trzy dni później stoję w kasie na dworcu Łódź Kaliska z wielkim plecakiem. Proszę szkolny do Warszawy Zachodniej. Tam, kilkanaście minut na przesiadkę. Podjeżdża pociąg lini S2. Na wyświetlaczu: Warszawa Lot. Chopina. Czuję endorfiny.

Piętnaście minut w pociągu. Lotnisko. Odprawa elektroniczna. Bagaż każą mi zabrać na oversize - namiot i karimatę mam na zewnątrz plecaka. Doleci?

Stoję przed bramką. Na wyświetlaczu: 11.40, Moskwa. Pytają mnie o wizę. Mówię, że tylko transfer, że nie potrzebuję. Chwila wyjaśniania. Za chwilę jestem w samolocie. Jest niewielki - relacje polsko-rosyjskie w ostatnim czasie sporo się pogorszyły.


Samolot skręca w prawo. Za chwilę znowu to usłyszę. Jeden z najwspanialszych dźwięków, jaki miałem okazję w życiu poznać. Jest. Czuję szarpnięcie. V1, prędkość decyzji. Kilka sekund później samolot osiąga na pasie prędkość rotacji, ponad 350km/h. Jestem w powietrzu.
Nad Moskwą wisiały stalowe chmury. Widać zalew na przedmieściach. W oddali, mnogoetażki, kilkunastopiętrowe bloki we mgle na przedmieściach Moskwy. Przypomina mi się "1984" Orwella. Interesuję się nieco rosyjską polityką i służbami specjalnymi, więc to miasto to dla mnie jądrem ciemności.


Kamery na wysięgniku, tak byś czuł, że jesteś obserwowany. Rosjanka z dumnym, nieprzyjemnym wzrokiem prześwietla mój bagaż. Moscow Duty Free. Perfumy za kilkaset dolarów i hamburger z colą za 80zł. Do wyboru kilka rodzajów koszulek z Putinem - podpis "najpotężniejszy człowiek na świecie". Prawa człowieka zostawiłem daleko na zachodzie. Pozdrawiam znajomych, korzystając z bezprzewodowego internetu. Godzina mojego lotu zbliża się, a terminal F lotniska Szermietiewo przybiera barwę zachodzącego słońca. Zagaduje do mnie jakiś starszy człowiek. Cypryjczyk, który pracuje w budownictwie krajach byłego ZSRR. Mój rosyjski jest wystarczający.


Imperialne malowanie samolotów Aeroflotu robi wrażenie. Na płycie lotniska wszędzie rosyjskie flagi. Wsiadam na pokład. Szefowa załogi pokładowej dumnie informuje, że rok 2015 jest w Federacji Rosyjskiej rokiem literatury. Samolot wypełnia się osobami o azjatyckich rysach.

Pierwszy raz w życiu widzę nocną burzę, będąc nad chmurami. Dwie godziny po zachodzie słońca, gdzieś nad stepami czy pustyniami Kazachstanu, niebo zaczyna przyjmować jaśniejszy odcień. Opuszczam Europę.

4300km drogi za mną. Samolot dotyka ziemi. Jestem na lotnisku, które odegrało sporą rolę w światowej geopolityce. Amerykanie postawili tu bazę transferową na potrzeby wojny w Afganistanie. Dziś, zostały po nich tylko puste hangary i bariery typu HESCO. Po 4,5h w samolocie, witam poranek na Manas International Airport.

Jestem w pobliżu stolicy Kirgistanu, Biszkeku. Podchodzą do mnie nieskończone ilości taksówkarzy.
Mnie taksi ni nada, spasiba. Nada, nada, dawaj, nie darogo!


Czuję zapach przygody.

Przejdź do kolejnej części.