wtorek, 14 lipca 2015

(2/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Anarchokapitalizm w mauzoleum Lenina"

To jest część serii: jeśli nie czytałeś pierwszej części, polecam to zrobić -
(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"


Słodki zapach poranka w Azji. Na przedniej, popękanej szybie naszej marszrutki widać naklejki z napisem PL. Tak działa łańcuch - my kupujemy używane samochody z Niemiec, a kiedy dla nas są już za stare wędrują dalej na wschód. I tak na przykład, samochód znajomego naszego przewodnika trafił do Donbasu i jest w rosyjskiej telewizji dowodem na udział Polaków w konflikcie na Ukrainie. Zatrzymujemy się w sklepie ze świecącym neonem i krzykliwymi reklamami. Dochodzę do wniosku, że przeciwnicy ustawy krajobrazowej cofają mentalnie Polskę do trzeciego świata. W Kirgistanie na światłach są liczniki, pieszych spycha się do przejść podziemnych, drogi są szerokie, a infrastruktura rowerowa nie istnieje. Żeby przejść przez ulicę, musisz biec. Żadnych stref tempo 30, norm czystości spalin. A przecież są w moim mieście tacy, którzy chcą by tak wyglądała Polska. 


Skrzyżowanie w stolicy kraju - Biszkeku

Bus nie odpala, trzeba pchać. Cudownie, przejechaliśmy na razie 5 z 500km. 


Marszrutka z Polski
System marszrutek w Kirgistanie to połączenie anarchokapitalizmu z sensowną regulacją państwową. Rynek reguluje częstotliwość i godziny jazdy, dlatego w nocy ciężko się gdzieś dostać. Ale państwo wprowadziło wspólnym mianownik - wspólną numerację linii dla całego kraju. To dokładnie to samo, czym zachwycałem się parę tygodni wcześniej na zachodzie Niemiec. I tak linie od 1 do 100 to państwowa komunikacja miejska stolicy obsługiwana całkiem niezłym taborem, włączając w to niskopodłogowe trolejbusy. 200-299 to komunikacja podmiejska, 400-499 krajowe połączenia międzymiastowe, a 500-599 ekpresy. Rozkładów i planów nie ma na przystankach żadnych, ale kiedy po samotnym snuciu się w stolicy kraju musiałem powrócić do pensjonatu na przedmieściach, wróciłem bezproblemowo. Kto pyta, nie błądzi. O godzinie 19 w weekend czekałem na właściwą linię 8 minut. W Łodzi, pewnie czekałbym pół godziny.


Dworzec autobusowy


Przystanek autobusowy, w tle opuszczona fabryka




Anarchokapitalizm w mieście, w którym kiedyś istniało największe na świecie muzeum Lenina. Dziś jest muzeum narodowym Kirgistanu, ale ze względu na brak środków, freski na suficie wciąż opowiadają historie o wspaniałym życiu w Związku Radzieckim, o przewodniej roli partii w światowym pokoju, o krwiożerczych Amerykanach i biednych skrzywdzonych ludziach z transparentami "No more Hirosima!" Z każdego zakamarka spoglądają na Ciebie pomniki wielkich towarzyszy, budowniczych komunizmu. Lenin co prawda został przed budynkiem zastąpiony Kirgizem na koniu, ale nie stracił miejsca na cokole. Stoi z tyłu.




Upadek Związku Radzieckiego, to dla Kirgizów katastrofa. Ich tożsamość narodowa to świadomość udziału w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, którą wspomogli, poza swoją krwią, milionami koni. W każdym mieście, a nawet na polach stoją pomniki bohaterów ZSRR. Większość parków, to parki pabiedy - Zwycięstwa. Najpopularniejsze szczyty kraju - Pik Pabiedy i Pik Lenina (7134m) jasno pokazują, jakie są priorytety.



Ale czy można się dziwić? Największe miasta w Kirgistanie to dawne stanice carskiej Rosji. Większość infrastruktury kraju to dzieło radzieckiej techniki. Bez Rosji, Kirgizi prawdopodobnie wypasaliby nadal owce. PKB per capita Kirgistanu wynosi 3361 dolarów rocznie (Polski - 25 105), co plasuje ten kraj na 142 z 186 krajów ujętych w rankingu. Rosyjskojęzyczna północ kraju nie przepada za południem, które mówi głównie po Kirgisku. Wszyscy słuchają rosyjskiej muzyki i oglądają rosyjską telewizję. Widać, bo zostałem zapytany, jak mogliśmy walczyć z faszyzmem, a teraz bratać się z faszystami na Ukrainie. Według mojego rozmówcy, w Polsce 100 000 osób przychodzi na manifestacje z faszystowskimi flagami.



Słowo kluczowe przy zrozumieniu Kirgistanu to korupcja. Policja nie zajmuje się egzekwowaniem prawa, tylko dorabianiem do marnej pensji. I tak, gdy zatrzymała nas policja, nikt nie prosił o dowód rejestracyjny, tylko powiedział od razu: dwadzieścia. Za co? Opłata klimatyczna. Tyle, że żadna taka opłata nie istnieje. System edukacji działa podobnie. Wykładowca na uczelni zarabia pięćdziesiąt dolarów miesięcznie (a ceny są może dwa razy niższe niż w Polsce), więc egzaminy nie sprawdzają wiedzy, tylko zasobność portfela.

Do budżetu trafia więc niewiele pieniędzy, a te które trafiają i tak kradnie władza. Kirgistan prawie niczego nie produkuje. Parówki halal w sklepie były z Brazylii i Turcji, soki z Rosji. Jedyną porządną drogę w kraju robią Chińczycy, bo są tańsi i solidniejsi od miejscowych. W kraju jest złoto, metale ziem rzadkich i inne kluczowe substancje, ale kompletnie nie przekłada się to na bogactwo. Złoto wydobywają Kanadyjczycy i dzięki łapówkom 90% zysków leci za zachód. Ale bieda państwa tylko częściowo przekłada się na biedę ludzi. Skorumpowani urzędnicy dorabiają się niezłych fortun - spotkanie Lexusa na drogach nie było większym problemem. Każdy jakoś wiąże koniec z końcem - w efekcie, głodujących ludzi jest o wiele mniej, niż w krajach Afryki o podobnym PKB. Kirgistan leży na liście poniżej Sudanu, Ghany, Jemenu czy Bangladeszu.

W Kirgistanie wszystko jest z kontenerów - domy, sklepy, restauracje

Zrujnowane kopalnie

Mimo wszechogarniającej biedy, życie w kraju toczy się dosyć spokojnie. Poza zachodem, gdzie, przy granicy z Uzbekistanem występują konflikty etniczne. Związek Radziecki, by trzymać w szachu swoje republiki, tworzył antagonizmy. I tak, Uzbecy mają pola bawełny, Kirgizi mają wodę. Gdy tylko sytuacja staje się bardziej napięta, dopływ wody do Uzbekistanu zostaje odcięty.
W Karakole, stolicy obwodu Issyk-Kul, podczas wieczornego spaceru po nieoświetlonym parku spotkaliśmy tylko młodych kochanków, odpoczywających od słońca dnia. Jako, że trafiłem na czas Ramadanu, nie spotkałem na ulicy żadnego pijanego człowieka. To jeden z niewielu krajów, gdzie Islam ma raczej pozytywne skutki społeczne.

W Kirgistanie istnieje haniebny zwyczaj porywania żon, który pochodzi jeszcze z tradycji koczowniczych i nie ma nic wspólnego z Islamem. Komuniści tłumili takie przejawy tradycjonalizmu, jednak po 1991r., kirgiskie kobiety znowu znalazły się w trudnej sytuacji. Szacuje się, że 1/3 wszystkich małżeństw rozpoczęło się od porwania. W tradycyjnie zawartych małżeństwach, nierejestrowanych w urzędzie kobiety nie posiadają praw dziedziczenia. Skazane na życie z obcym człowiekiem i zmuszone do wykonywania obowiązków domowych, nadzwyczaj często wybierają samobójstwo. Zainteresowanych tematem, odsyłam do reportażu Vice News.

Powyższy akapit ma się jednak nijak do tego, co widziałem. Muszę przyznać, że trakcie mojego wyjazdu nie uświadczyłem złego traktowania kobiet ani przez sekundę. Wręcz odwrotnie - mężczyźni nadzwyczaj często ustępowali kobietom miejsc. Dziewczyny ze stolicy w modnych, skąpych ubraniach nie różniły się niczym od tych na zachodzie.

Zła nie widać na pierwszy rzut oka.

Ulice Biszkeku


Dość przygnębiający obraz tego, co pozostawiła po sobie ludzkość, daje tylko jeden wybór - trzeba uciec tam, gdzie cywilizacja nie sięga. I o tym w następnej części.

(3/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Offline"


poniedziałek, 13 lipca 2015

(1/4) - Góry Niebiańskie, konie i kontenery - "Kierunek Wschód"

Najpierw jest myśl. Na początku nie do końca zdaję sobie sprawę z tego, co właśnie powstało w mojej głowie. Weryfikacja sił i środków. Możliwe do wykonania. Pragnienie właśnie stało się celem.

Jakoś w maju zaczynam orientować się, że to dzieję się naprawdę. "Dzień dobry, chciałbym się zaszczepić." Akcja serca przyśpiesza, bynajmniej nie ze strachu przed drobną igiełką, której wbicie ciężko poczuć.

25 czerwca. Wyrzucam przed dom plecak, rozkładam wszystko, co uznałem za przydatne na płachcie. Trzy dni później stoję w kasie na dworcu Łódź Kaliska z wielkim plecakiem. Proszę szkolny do Warszawy Zachodniej. Tam, kilkanaście minut na przesiadkę. Podjeżdża pociąg lini S2. Na wyświetlaczu: Warszawa Lot. Chopina. Czuję endorfiny.

Piętnaście minut w pociągu. Lotnisko. Odprawa elektroniczna. Bagaż każą mi zabrać na oversize - namiot i karimatę mam na zewnątrz plecaka. Doleci?

Stoję przed bramką. Na wyświetlaczu: 11.40, Moskwa. Pytają mnie o wizę. Mówię, że tylko transfer, że nie potrzebuję. Chwila wyjaśniania. Za chwilę jestem w samolocie. Jest niewielki - relacje polsko-rosyjskie w ostatnim czasie sporo się pogorszyły.


Samolot skręca w prawo. Za chwilę znowu to usłyszę. Jeden z najwspanialszych dźwięków, jaki miałem okazję w życiu poznać. Jest. Czuję szarpnięcie. V1, prędkość decyzji. Kilka sekund później samolot osiąga na pasie prędkość rotacji, ponad 350km/h. Jestem w powietrzu.
Nad Moskwą wisiały stalowe chmury. Widać zalew na przedmieściach. W oddali, mnogoetażki, kilkunastopiętrowe bloki we mgle na przedmieściach Moskwy. Przypomina mi się "1984" Orwella. Interesuję się nieco rosyjską polityką i służbami specjalnymi, więc to miasto to dla mnie jądrem ciemności.


Kamery na wysięgniku, tak byś czuł, że jesteś obserwowany. Rosjanka z dumnym, nieprzyjemnym wzrokiem prześwietla mój bagaż. Moscow Duty Free. Perfumy za kilkaset dolarów i hamburger z colą za 80zł. Do wyboru kilka rodzajów koszulek z Putinem - podpis "najpotężniejszy człowiek na świecie". Prawa człowieka zostawiłem daleko na zachodzie. Pozdrawiam znajomych, korzystając z bezprzewodowego internetu. Godzina mojego lotu zbliża się, a terminal F lotniska Szermietiewo przybiera barwę zachodzącego słońca. Zagaduje do mnie jakiś starszy człowiek. Cypryjczyk, który pracuje w budownictwie krajach byłego ZSRR. Mój rosyjski jest wystarczający.


Imperialne malowanie samolotów Aeroflotu robi wrażenie. Na płycie lotniska wszędzie rosyjskie flagi. Wsiadam na pokład. Szefowa załogi pokładowej dumnie informuje, że rok 2015 jest w Federacji Rosyjskiej rokiem literatury. Samolot wypełnia się osobami o azjatyckich rysach.

Pierwszy raz w życiu widzę nocną burzę, będąc nad chmurami. Dwie godziny po zachodzie słońca, gdzieś nad stepami czy pustyniami Kazachstanu, niebo zaczyna przyjmować jaśniejszy odcień. Opuszczam Europę.

4300km drogi za mną. Samolot dotyka ziemi. Jestem na lotnisku, które odegrało sporą rolę w światowej geopolityce. Amerykanie postawili tu bazę transferową na potrzeby wojny w Afganistanie. Dziś, zostały po nich tylko puste hangary i bariery typu HESCO. Po 4,5h w samolocie, witam poranek na Manas International Airport.

Jestem w pobliżu stolicy Kirgistanu, Biszkeku. Podchodzą do mnie nieskończone ilości taksówkarzy.
Mnie taksi ni nada, spasiba. Nada, nada, dawaj, nie darogo!


Czuję zapach przygody.

Przejdź do kolejnej części.